poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Warszawskie wariacje

Oj krążę po tej Warszawie jak dziecko we mgle. Wszyscy tutaj gdzieś biegną, krzyczą, a ja sobie drepczę, pogrążona we własnych myślach. I dobrze mi z tym. Samotnie, ale może i lepiej, bo tyle rzeczy, miejsc poznaję od nowa. Fascynują mnie warszawskie kamienice. Im starsza, tym lepsza. Najpierw jest delikatnie łaskocząca chłodem brama, tup, tup stukają buty i ukryte podwórko. Wyjmę aparat i coś zrobię, pokażę, ale jeszcze chwila. A jak minę już kamienice, to pędzę do kina albo na wystawy. Wczoraj Carlos Saura i jego zdjęcia. Ach te tancerki na jego fotach i zwykłe życie. Czy jak dodam, że czarno-białe, to będzie wystarczająca zachęta?

Dziecko we mgle

Z tancerką Carlosa Saury w tle

wtorek, 22 kwietnia 2008

Tup, tup...

...tak się zaczął dzień. Wpadłam w wir, mimo chęci i nie. Tłumy ludzi, korki, nadmiar informacji, pracy. Czy mi tego brakowało? Tego nie wiem, przynajmniej na razie. Miesza mi się wszystko, przy wybuchającej wiośnie. A po tupiących butach, to bąble mi zostały.

p.s. Samotnie mi w tej stolicy.

sobota, 19 kwietnia 2008

Warszawa...

...da się lubić. Podobno. Zobaczymy. Na razie z planem miasta w dłoni do kina pojechałam. I cholernie mi smutno cały czas. A tam...Pisanie do bani... Bla, bla

wtorek, 15 kwietnia 2008

Na walizkach

Dobra, wyciągnęłam z szafy walizki. I zamiast zacząć się pakować, to siedzę i piszę. To się nazywa konsekwencja. Siedzę i oglądam zdjęcia, a walizki stoją. Sentymenty mnie naszły, ale jak mają nie nachodzić, kiedy czas pożegnań trwa, a ja pakuję rok przeżyć, doświadczeń. Życia jednym słowem, czyli wspólnych wycieczek, kaweczek (o 6 rano chociażby), szarlotek, cudownych babskich czwartków, porannego, z lekka nieprzytomnego wstawania. Wzlotów i upadków. W sensie dosłownym i w przenośni. Wszystko i wszyscy byli blisko. Szybko wszystko staram się chwycić, bo czas tych kilku ostatnich dni mija nieubłaganie. Nic już nie piszę, bo smutno mi się robi. A tak między innymi było...


cdn...

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

W paszczę lwa

Wielki dzień nadchodzi, kurde, wielkimi krokami. Niedługo sfruunę z nieba na ziemię obiecaną Warszawy. Kto by pomyślał, pewnie sama na to bym nie wpadła, że zawitam do stolicy, znowu po 17 latach. Kiedyś śmigałam z jednej strony Wisły na drugą, jak z kompasem w głowie. Teraz jeżdżę po Warszawie z planem miasta.. poprawka - będę jeździć, a plan muszę kupić, bo miałam pożyczony.
Mam wrażenie, że pcham się w paszczę lwa. Dosłownie i w przenośni. Z perspektywy wyspy-łupiny (określenie Fizi) Warszawa jest taaaaka duża. I już nie moja. Nic to, ludzie robią różne rzeczy. Ja jadę do Warszawy, zamiast siedzieć na dupie i wieść spokojne życie na małej wyspece. Tylko, że tutaj ciągle pada. Nieustannie coś cieknie z nieba. Dzisiaj, na przykład posypało gradem, przy pięknym blasku słońca. Dobrze, niech będzie więc, uciekam od anomalii pogodowych. Wystarczający powód? Może być. I brakuje mi też konwalii w maju i truskawek z piaskiem, prosto z torebki, kupionych na straganie. W Warszawie powinnam dostać.
No to pcham się w paszczę lwa, z lekka chyba przerażona, pełna wątpliwości. Tylko, że sama tego chciałam, więc masz babo placek.
I tak myślę, jak przyswoić, oswoić, poznać od nowa? No fajnie, fajnie. Dzielna będę, bo z bestią żartów nie ma. Więc jak z tym lwem? Ktoś ma jakieś pomysły? Chętni zgłosić się! Ja to chyba kupię wino i pójdę nad Wisłę. Może być nawet burza.
p.s. Czy ja już mówiłam, że lubię duże miasta?

sobota, 5 kwietnia 2008

Ani mru mru

Czasami biorę oddech, czasami go wstrzymuję. Bez słów, w milczeniu...patrzę sobie.

czwartek, 3 kwietnia 2008

W mgnieniu oka

Lubię babskie wieczory, szczególnie takie pozytywne i pełne uroku, jak tym razem. Wreszcie bowiem, po wielu podejściach, udało się spotkać. Trochę zaspane, oderwane od codzienności, wpadłyśmy w wir "rozmówek-życiówek". Przy akompaniamencie śmiechu, kroplach rumu z colką i porto, było o polityce, polskich emigrantach, wolnym Tybecie i jak na kobiety przystało o sweterkach, spodenkach i o tym do jakiego fryzjera iść i dlaczego. Kilka godzin minęło, jak w mgnieniu oka. A tak się zaczęło...niewinnie całkiem.


P.S. Teraz już, łapczywie, staram się zatrzymać takie chwile...