piątek, 19 września 2008

czwartek, 18 września 2008

Oko na Maroko - Marakesz

Tutaj zaczęła się nasza podróż. Arabskie miasto z krwi i kości. Wszechobecny chaos i hałas. Klaksony samochodów, tłumy ludzi. W upale nie do wytrzymania swoją intensywnością uderzają kolory, znajome zapachy albo jak kto woli smrodek:) Ha i wieczne gubienie się! bo każdy pokazuje ci inny kierunek do celu. Oj, ma to swój urok.
Na dobry początek colka:) i w drogę!




czwartek, 26 czerwca 2008

wtorek, 3 czerwca 2008

O biedronce

O tym, że nasza klasa bije rekordy popularności, ja chyba nikogo przekonywać nie muszę. Mimo sporego już dystansu do tego fenomenu, jakiś czas temu starałam się pomóc mojej mamie odnaleźć przyjaciółkę sprzed lat. Przeszukałam nasza klasę wzdłuż i wszerz. Nie znalazłyśmy ani ciotki, ani jej syna, z którym bawiłam się jako przedszkolak. Nic to. Minął jakiś czas, wchodzę kiedyś na naszą klasę, patrzę kilkumilionowe grono zasilił syn cioci Ewy. No to piszę do chłopaka, przepraszam mężczyzny już, że może mnie nie pamiętać, zresztą nie o to chodzi. Chodzi o to, że moje mama szuka kontaktu z jego mamą i jeśli byłby taki miły, to czy mógłby podać mi jakieś namiary. Odpowiedź pojawiła się po kilku dniach.
"Mogę cię pamiętać - przytrzasnęłaś mi palec w metalowym okienku na parterze naszego bloku, zabiłaś także biedronkę, którą chciałem uratować na wakacjach w Czaplinku. :-)".
Popłakałam się...ze śmiechu. Nikt mnie tak nie rozbawił już od dawna. Odpisałam, że bardzo mi przykro, iż wspomnienia związane ze mną są tak traumatyczne i makabryczne, że teraz już biedronek nie zabijam, nie mówiąc o przytrzaskiwaniu innym palców:)
W każdym razie widać nie tak bardzo mu jednak zaszłam za skórę:) bo namiary do cioci dostałam...

wtorek, 27 maja 2008

Z dreszczykiem

"Batutta" Zingaro.
Podczas przedstawienia nie można było robić zdjęć, ale końcowa scena…Gęsiej skórki dostałam... Do tej pory mam dreszcze, jak patrzę na to zdjęcie.

środa, 21 maja 2008

poniedziałek, 19 maja 2008

Winka łyk i Steep

Jak wychodzę wieczorem z domu, to głęboko wciągam powietrze. Raz, że na ulicy gdzie mieszka mój tata, pachnie obłędnie. Dwa - ciągle nie mogę nacieszyć się wiosną, choć dzisiaj zimno, brr. Winka łyk wczoraj sobie zafundowałam. Miło rozgrzało. Patrzę na zdjęcie u Fizi i tęsknym wzrokiem spoglądam na fotkę z plażą i promykami słońca. Ach ten hiszpański taras:) i kawki przy pogaduchach. W stanie różnego zmęczenia:)
Ale dzisiaj miało być o "Steep"!!! Wczoraj obejrzałam. Poziom adrenaliny mi skoczył, westchnienia z okrzykami na przemian z siebie wydawałam. Niesamowity film, ludzie, zdjęcia, opowieści o ryzyku, endorfinach, o tym, że za każdym razem, kiedy są w górach czują, że żyją! Każdy pewnie ma inny sposób na to, aby to poczuć, ale oni na łeb, na szyję z Chamonix sobie zjeżdżają. Kurde, to musi być niezłe uczucie, nic tylko ty i góry, totalna wolność. Dobra, już pokazuję...



p.s. Dotarłam w końcu do Fabryki Trzciny. Wcześniej nastąpił mały wypadek, aż się iskry posypały, a telefon latał w powietrzu, ale wszystko skończyło się w miarę dobrze. Noc Muzeów ha...! fajnie było.
p.s.1 Brakuje mi tutaj prawdziwej domówki. Spontanicznych zrywów. Szukam, cały czas szukam różnych rzeczy, bo obco mi jednak trochę.

środa, 14 maja 2008

Bez zielonego pojęcia

Pierwsze koty za płoty usłyszałam w poniedziałek. Powietrze wypuściłam dopiero „W oparach absurdu”. Było filmowo, bo w sumie jakże inaczej mogłoby być… W drodze do domu jeszcze tylko „Moja broń studio bez zielonego pojęcia” i już było bardzo dobrze. Tak dobrze, że padłam i zasnęłam jak dziecko. A jutro wreszcie na Planete Doc Review. Niedługo Garbarek. Oj, ruszyło się…

poniedziałek, 12 maja 2008

Na bosaka po trawie

Podaruję sobie początek weekendu. Nerwowo trochę było, ale nastąpił happy end. Za to pięknie zrobiło się w sobotę wieczorem. Koncert jazzowy, wreszcie (!), żeby lepiej było w klubie o wdzięcznej nazwie “Balsam”. Oj, brakowało mi takich klimatów. I potem jeszcze niedziela. Słońce, wiosenne zapachy, pół godziny jazdy trzęsącym się PKS-em i... Oczywiście wysiadłyśmy za wcześnie, ale nic to, po drodze był odpust, więc obwarzanki w ręce i dalej w drogę. O tych zdjęciach myślałam już od jakiegoś czasu. Teraz chyba był dobry moment. Mogłabym siedzieć w tej stadninie godzinami. I patrzeć: jak żują trawę, jak w słońcu lśni ich sierść. I te mięśnie, takie napięte. A kiedy biegają, próbować zatrzymać na zdjęciu ten niesamowity ruch. Trafiłam na towarzyskie konie. Siedzę sobie skupiona na trawie, zdjęcie chcę zrobić i nagle czuje na policzku , że coś mnie łaskocze. Słyszę blisko ucha parsknięcie. Podnoszę głowę i widzę jak patrzy na mnie wielkim oczami, tak spokojnie. Pogłaskałam go i dobrze mi się zrobiło. Tego mi było trzeba - tych zdjęć i tego spokoju.
Przed powrotem właściciel stadniny, sympatyczny pan, co na bosaka po trawie chodził, colką jeszcze poczęstował…A potem łapanie stopa. Ha, patrzymy jedzie samochód. Pan nam pokiwał i pojechał dalej. Nagle zatrzymał się, wsteczny i wraca. Otwiera drzwi i krzyczy: jak się panie z moimi dzieciakami z tyłu zmieszczą, to zabiorę! Zaglądam do środka, a tam czwórka małych piegusków siedzi. Zmieściłyśmy się. Oj potrzebna była mi ta niedziela...
Ten powyżej mnie zaczepiał

czwartek, 1 maja 2008

Deszczowo, burzowo...cuda wianki

Czy ja już mówiłam, że w Poznaniu jest pięknie? Ha, jest! Tak sobie chodziłam, rozglądałam się, głęboko wciągałam powietrze. Wiosna pełną gębą, a jeszcze jak, przed burzą lub deszczem, powietrze tak fajnie pachnie, to już niewiele mi do szczęścia potrzeba. Odwiedziłam stare kąty, ludzi, miejsca. No właśnie, ja naprawdę chcę w Warszawie też takie miejsca znaleźć. Ogródki ukryte w podwórkach, gdzie po ścianach pnie się bluszcz, kamienice, na które lubię popatrzeć albo lepiej, gdzie można wejść na dach. Szukam czegoś mojego...
W Poznaniu zeszło mi warszawskie ciśnienie. Więc wszystko mi pachniało inaczej, na wszystko spojrzałam bardziej przychylnym okiem. Babcia też, dlatego porwała mi aparat...

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Warszawskie wariacje

Oj krążę po tej Warszawie jak dziecko we mgle. Wszyscy tutaj gdzieś biegną, krzyczą, a ja sobie drepczę, pogrążona we własnych myślach. I dobrze mi z tym. Samotnie, ale może i lepiej, bo tyle rzeczy, miejsc poznaję od nowa. Fascynują mnie warszawskie kamienice. Im starsza, tym lepsza. Najpierw jest delikatnie łaskocząca chłodem brama, tup, tup stukają buty i ukryte podwórko. Wyjmę aparat i coś zrobię, pokażę, ale jeszcze chwila. A jak minę już kamienice, to pędzę do kina albo na wystawy. Wczoraj Carlos Saura i jego zdjęcia. Ach te tancerki na jego fotach i zwykłe życie. Czy jak dodam, że czarno-białe, to będzie wystarczająca zachęta?

Dziecko we mgle

Z tancerką Carlosa Saury w tle

wtorek, 22 kwietnia 2008

Tup, tup...

...tak się zaczął dzień. Wpadłam w wir, mimo chęci i nie. Tłumy ludzi, korki, nadmiar informacji, pracy. Czy mi tego brakowało? Tego nie wiem, przynajmniej na razie. Miesza mi się wszystko, przy wybuchającej wiośnie. A po tupiących butach, to bąble mi zostały.

p.s. Samotnie mi w tej stolicy.

sobota, 19 kwietnia 2008

Warszawa...

...da się lubić. Podobno. Zobaczymy. Na razie z planem miasta w dłoni do kina pojechałam. I cholernie mi smutno cały czas. A tam...Pisanie do bani... Bla, bla

wtorek, 15 kwietnia 2008

Na walizkach

Dobra, wyciągnęłam z szafy walizki. I zamiast zacząć się pakować, to siedzę i piszę. To się nazywa konsekwencja. Siedzę i oglądam zdjęcia, a walizki stoją. Sentymenty mnie naszły, ale jak mają nie nachodzić, kiedy czas pożegnań trwa, a ja pakuję rok przeżyć, doświadczeń. Życia jednym słowem, czyli wspólnych wycieczek, kaweczek (o 6 rano chociażby), szarlotek, cudownych babskich czwartków, porannego, z lekka nieprzytomnego wstawania. Wzlotów i upadków. W sensie dosłownym i w przenośni. Wszystko i wszyscy byli blisko. Szybko wszystko staram się chwycić, bo czas tych kilku ostatnich dni mija nieubłaganie. Nic już nie piszę, bo smutno mi się robi. A tak między innymi było...


cdn...

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

W paszczę lwa

Wielki dzień nadchodzi, kurde, wielkimi krokami. Niedługo sfruunę z nieba na ziemię obiecaną Warszawy. Kto by pomyślał, pewnie sama na to bym nie wpadła, że zawitam do stolicy, znowu po 17 latach. Kiedyś śmigałam z jednej strony Wisły na drugą, jak z kompasem w głowie. Teraz jeżdżę po Warszawie z planem miasta.. poprawka - będę jeździć, a plan muszę kupić, bo miałam pożyczony.
Mam wrażenie, że pcham się w paszczę lwa. Dosłownie i w przenośni. Z perspektywy wyspy-łupiny (określenie Fizi) Warszawa jest taaaaka duża. I już nie moja. Nic to, ludzie robią różne rzeczy. Ja jadę do Warszawy, zamiast siedzieć na dupie i wieść spokojne życie na małej wyspece. Tylko, że tutaj ciągle pada. Nieustannie coś cieknie z nieba. Dzisiaj, na przykład posypało gradem, przy pięknym blasku słońca. Dobrze, niech będzie więc, uciekam od anomalii pogodowych. Wystarczający powód? Może być. I brakuje mi też konwalii w maju i truskawek z piaskiem, prosto z torebki, kupionych na straganie. W Warszawie powinnam dostać.
No to pcham się w paszczę lwa, z lekka chyba przerażona, pełna wątpliwości. Tylko, że sama tego chciałam, więc masz babo placek.
I tak myślę, jak przyswoić, oswoić, poznać od nowa? No fajnie, fajnie. Dzielna będę, bo z bestią żartów nie ma. Więc jak z tym lwem? Ktoś ma jakieś pomysły? Chętni zgłosić się! Ja to chyba kupię wino i pójdę nad Wisłę. Może być nawet burza.
p.s. Czy ja już mówiłam, że lubię duże miasta?

sobota, 5 kwietnia 2008

Ani mru mru

Czasami biorę oddech, czasami go wstrzymuję. Bez słów, w milczeniu...patrzę sobie.

czwartek, 3 kwietnia 2008

W mgnieniu oka

Lubię babskie wieczory, szczególnie takie pozytywne i pełne uroku, jak tym razem. Wreszcie bowiem, po wielu podejściach, udało się spotkać. Trochę zaspane, oderwane od codzienności, wpadłyśmy w wir "rozmówek-życiówek". Przy akompaniamencie śmiechu, kroplach rumu z colką i porto, było o polityce, polskich emigrantach, wolnym Tybecie i jak na kobiety przystało o sweterkach, spodenkach i o tym do jakiego fryzjera iść i dlaczego. Kilka godzin minęło, jak w mgnieniu oka. A tak się zaczęło...niewinnie całkiem.


P.S. Teraz już, łapczywie, staram się zatrzymać takie chwile...

poniedziałek, 31 marca 2008

U cioci na imieninach

Zdecydowanie wolę zmianę czasu na zimowy, choć marznę wtedy szybciej. Zmienia się czas, pogoda, wszystko się zmienia. W tempie błyskawicznym.
Będę ciocią, ciotką, jakkolwiek to nazwać. Może nie szukam nazwy, bo póki co moja wyobraźnia nie ogarnia tego, o czym się dowiedziałam. Moja młodsza siostra, ba moja mała siostra będzie mamą. To takie, wydawałoby się naturalne prawda? Tylko ja nie umiem sobie wyobrazić mojej małej Kasi z dużym brzuchem, z dzieckiem na rękach. No, może potrafię, tylko jakoś opornie mi to idzie, ale tak to już się dzieje. Radość niesamowita. Każdy oszalał chyba po swojemu. Łzy radości, wybuchowa mieszanka emocji, tym bardziej na taką odległość.
Przytuliłabym ją teraz chętnie, pogłaskała po płaskim, póki co, brzuszku, ale nie mogę. Nie mogłam tego zrobić, kiedy się dowiedziałam. Nie mogłam godzinę później. Nie mogłam wsiąść w samochód, autobus, pociąg. Tysięcy kilometrów nie da się pokonać ot tak. Przynajmniej nie natychmiast.
Wystarczy jednak chwila spontaniczności i fruu.... Przecież chodzi o moją małą siostrą, która będzie mamą. I już, już będę mogła ją przytulić, rozkładając szerzej ramiona. Bo teraz podwójnie.

wtorek, 25 marca 2008

Do lata...

25.03.

Miało być o spotkaniu, którego się nie spodziewałam. A teraz, kiedy minęło kilka dni, wiem że jest dobrze. Bo już nic nie drży, nic nie kłuje, nie ma obojętności, a ta w sumie chyba najgorsza. Teraz jest już tylko spokój. Widać, że minęły złe emocje, pozostał delikatny sentyment i tyle. I już bez zbędnych analiz, prób definicji. Po co? Było, minęło.
Teraz jest to, co dzieje się tu i teraz. Czekam więc na kwiecień, chociaż bardziej na maj. Ogrzeję stopy w słońcu i poczuję zapach konwalii. A lato będzie powoli wybuchało, tak jak lubię. Burza jeszcze by się przydała. Mogłoby porządnie grzmotnąć.

P.S. Podobno jak w czasie rozmowy zapada cisza, to znaczy że anioł przyszedł. Oj, to zapamiętam. Dzisiaj usłyszałam zdanie, które przeszyło mnie na wskroś, choć jak zwykle pewnie, nie pokazałam tego. Nie wiem czy było powiedziane poważnie, czy nie. Z wrażenia pewnie nie wyczułam. Nie szkodzi. I znowu bez definicji i prób analiz. Jestem wdzięczna, że je usłyszałam. To wystarczy.

piątek, 21 marca 2008

21.03.

Dzisiaj pierwszy dzień wiosny, zupełnie o tym zapomniałam. Tyle spraw nabiera tempa. Do tej pory wierzyć mi się nie chce, że udało się. Po prostu. Dzika radość mnie nachodzi, kiedy pomyślę sobie, że już za miesiąc tak bardzo wszystko się zmieni. Dosłownie wracam do korzeni...Warszawa. Kto by pomyślał, że tam jeszcze zawitam.
Smutno też z tym wyjazdem, bo nie lubię pożegnań. Spędziłam jednak na wyspie chwilę. Najbardziej mi szkoda niektórych tutaj zostawiać. Może do podręcznego bagażu się zmieszczą?
No to komu w drogę..., ale jeszcze moment.

środa, 19 marca 2008

19.03.

Oj, miło dzisiaj słońce grzeje. Wiosna idzie...i nowe. To na dobry początek Aga z Jaśkiem.